Pani z zielonego rynku

Kupuję u niej około 6 lat. Kiedyś opowiedziała mi, jak to wszystko się zaczęło.
W stołówce dużego zakładu przepracowała 18 lat. Zakład padł, padła jej stołówka. Spotkało ją to, czego najbardziej w życiu się bała: bezrobocie. Parę tygodni rozmyślała, co dalej, przecież musi pracować. Skorzystała z wolnego czasu i zrobiła odkładaną operację oka. A potem wymyśliła, że zostaną z mężem rolnikami.

 
Kupili od sąsiadki z bloku działkę rolną na wsi, ze starą chałupą, żeby być na miejscu. Do domu wracali na noc. Mąż pochodzi ze wsi, zna się na gospodarce. Teraz, po 22 latach i ona zna się bardzo dobrze.   Jak im się już po 2-3 latach rozkręcił interes, zwolnił się z pracy w PKS-ie. Parę lat temu, w jej 50 urodziny, zamieszkali na wsi, w wybudowanym, własnym domu. Mają ekologiczne warzywa i niewielki sad, ale owoców tyle, że mają jeszcze na sprzedaż.  Trzy razy w tygodniu pani sprzedaje swoją produkcję na zielonym rynku. Ma swoich stałych klientów, bo i warzywa dobre i ceny przystępne, a poza tym pani przesympatyczna i życzliwa.

 
W minioną sobotę jak co tydzień, pojechaliśmy z rana po ziemniaki i jabłka. Panią zastępowała córka, mama ma powikłania pogrypowe.  To najmłodsza z trzech córek, wszystkie mieszkają w innych miastach.  Nie wiedziałam, że na stałe mieszka w Lublinie, jest po farmacji i prowadzą z mężem aptekę. Oboje rodzice mieli silną grypę, więc z siostrami mają rozpiskę, która kiedy do rodziców zajrzy i pomoże.  I  zajrzała.

 
Niby normalne, ale dosyć rzadkie teraz. Ja pozostałam pod wrażeniem tej  rodziny. Imponują mądrością, pracowitością, obowiązkowością. Bardzo fajna rodzina.                      Czego więcej chcieć ?