Życie to nie teatr

Niby tak. Ale bywa teatrem. Na każdej płaszczyźnie naszego życia.
Wśród przyjaciół. Znamy się jak łyse konie, od co najmniej 100 lat. Był czas, że przegadaliśmy 3/4 nocy, psiocząc na swój parszywy los. Gdzieś powinęła się noga, ktoś zawiódł,  trudne wybory życiowe osłabiały nas. Wspieraliśmy się wzajemnie, pocieszali, a łzy płynęły rzęsiste. I przyszedł dzień, że jedno z nas osiągnęło niespodziewany sukces.  To najlepsza weryfikacja przyjaźni. Czy trzeba założyć maskę, grać teatr, czy z prawdziwą radością gratulować przyjacielowi ?

Dwaj bracia. Jeden solidny, pracowity, odpowiedzialny. Do tego ma syna pracującego w renomowanej klinice w Waszyngtonie, wybitnego specjalistę. Drugi totalny leń i leser, całe życie z awersją do pracy. Na zasadzie „złej tanecznicy….”. Za to pochlebia bratu, wije się jak piskorz, oczekując ciągle pomocy. Długi czas tak jest. Przy czym wdzięczności żadnej. Okazało się wręcz, że obdarowany brat nie szczędził złych słów, złorzeczeń, ośmieszając darczyńcę na prawo i lewo. Stanowisko bratu ktoś mu załatwił, a syn – wiadomo – po znajomości dostał się do tej całej kliniki. Bo naprawdę, wszyscy są niegramotni.   Zawiść rozum odbiera.

W pracy fajny zespół. Razem pracują, czasem spotykają się na piwie czy drobnych imprezach.  Rzecz jasna, obrabiają nieludzkiego szefa. Typowy gnojek, bez pojęcia o zarządzaniu firmą. Cudem jakimś , szef dnia pewnego cytuje niemal dokładnie słowa krytyki wobec siebie.  Każdy się zaklina, nic nie powiedział. A jednak.

Okazuje się, że często zakładamy maski. A głównym powodem jest zawiść, jak komuś ma być lepiej ?

Zdarzają się perełki. Aktorzy, którzy stworzą coś niezwykłego, ujmującego. Bo dobry aktor musi być szczery, naturalny.
Coraz trudniej o szczerość. Najczęściej to zwykła chałtura.

Jan Pietrzak Opole ’17

Na widowni liczącej blisko 3700 miejsc, na benefisie Jana Pietrzaka pojawiło się paręset osób, do końca dotrwało około 200 osób. Operatorzy obsługujący Opole, skrzętnie omijali puste trybuny, aby widzowie telewizyjni nie domyślili się o porażce artysty.
Lepiej, chociaż nie całkiem, było na pozostałych koncertach. Na jubileusz Maryli Rodowicz część  biletów wyprzedawano po znacznie obniżonych cenach, byle zapełnić widownię.
A kiepsko z frekwencją było także w trzecim dniu festiwalu.
Pamiętam dawne opolskie festiwale, pełna widownia, sowite owacje dla artystów. Tutaj rodziły się najpiękniejsze przeboje, które przetrwały dziesięciolecia.Występy wspaniałych artystów, w tym pani Ireny Santor, do dziś wielkiej damy, królowej polskiej piosenki. Pamiętam występy pana Jana Pietrzaka, który robił świetny kabaret już w latach 70-80, co czyniło go pupilem ówczesnych władz. Zresztą nie tylko, bo wszyscy mieliśmy dużo radochy, zwłaszcza podczas oglądania urodzinowego programu Jana Pietrzaka „50-tka pana Janka w 1987 roku.
Źle się stało, że polityka brutalnie wkroczyła na scenę opolskiego amfiteatru. To nie wróży niczego dobrego. Robienie festiwalu o tej porze roku, wiąże się z ryzykiem, że pogoda może nie dopisać /chociaż i w czerwcu czasem nie dopisała/. Jednak wieczory są juz chłodne i siedzenie na widowni może się skończyć chorobą.
Nie oglądałam festiwalu, poczytałam w gazetach i wysłuchałam w radiu dosyć dużo informacji o wtopie festiwalowej.

Tradycyjnie szef:
Kto ci podbił oko?
Wyciągałem dziewczynę z wody.
I ona cię tak urządziła?
Nie,…. akurat wtedy żona weszła do łazienki…