Trochę ckliwie /Kuzynostwo

             W pierwszej linii jest nas, żyjących,  ośmioro. Nasi rodzice byli rodzeństwem. Dwie siostry i dwóch braci. Wszyscy ze strony naszej mamy, tato był jedynakiem. Mieszkamy w różnych miastach. Pamiętam nasze spotkania rodzinne, gdy byliśmy dziećmi.  Spotykali się nasi rodzice, ciągnąc nas za sobą oczywiście. Było  fajnie, bo rodzice zajęci długimi rozmowami, nie  zwracali na nas uwagi.

Mama ze swoją siostrą mieszkającą w Krakowie były sobie najbliższe. Trzydzieści lat temu w ciągu dwóch tygodni zostały obie wdowami, co jeszcze bardziej je zbliżyło.  Odwiedzały się w miarę często, a rozmowy telefoniczne dwa razy w tygodniu były obowiązkowe.  Gdy mama zmarła w 2007 roku, ciocia mawiała do swoich córek: nie ma Wisi, nie chce mi się już żyć.  Nie było w tym smutku, ot,  zwykłe stwierdzenie. Zmarła dwa lata później. Wspominają często te słowa  moje kuzynki, córki cioci.

 Gdy  weszliśmy w dorosłość, nasze, kuzynostwa  więzi  nieco się rozluźniły. Były życzenia świąteczne, imieninowe, ale spotkania rzadziej. Żyliśmy sprawami  swoich rodzin.

        Dzieci, wnuki nam urosły.  W większości  jesteśmy emerytami.   Od paru lat spotykamy się a to w Krakowie a to w Rzeszowie,  albo  u nas. Po wielu latach z powrotem zbliżyliśmy się, mamy na to czas, a co najważniejsze – chęci. Właśnie w minioną niedzielę gościliśmy kuzyna z małżonką, mieszkających w rodzinnym mieście naszych rodziców, Rzeszowie.

dzwonki 06.17śliczniutkie moje….

Jesienią rzuciłam hasło, abyśmy zrobili nowy nagrobek  granitowy naszej babci, zmarłej 40 lat temu.  Wszyscy poparli pomysł, nikt nie miał wątpliwości. Kuzyn dopilnował realizacji, kwestia paru dni i gotowe. To taki prezent dla babci, od nas wszystkich, jej wnuków.

piwonie VI.2017

Poczuliśmy się fajną rodziną.

Wierzymy, że nasze matki,  ojcowie, wujowie, ciocie  cieszą się, że my, ich dzieci  o więzach rodzinnych nie zapomnieliśmy.

Na rodzinę stawiali.

kwiaty